Mieszkańcy otchłani - cz. V
Jack London
Mieszkańcy otchłani
Bez dalszego zagłębiania się w tę dyskusję można z wypowiedzi mężczyzny na Mile End Waste wyciągnąć następujący morał: gdzie dwóch ludzi ubiega się o tę samą pracę, tam następuje obniżka płacy. Gdyby ów mężczyzna głębiej przemyślał tę sprawę, doszedłby do wniosku, że nawet związek liczący, dajmy na to, dwadzieścia tysięcy członków nie utrzyma płac na jednym poziomie, jeśli dwadzieścia tysięcy pozbawionych pracy ludzi będzie usiłowało wysadzić z siodła związkowców. Powrót i demobilizacja żołnierzy z Południowej Afryki stanowi wspaniałą ilustrację tej tezy: dziesiątki tysięcy znalazły się w rozpaczliwej sytuacji i zapełniły szeregi armii bezrobotnych. W całym kraju zaznacza się teraz ogólna obniżka płac, co prowadzi do zatargów i strajków. Wykorzystują to bezrobotni, którzy chętnie podejmują z ziemi narzędzia porzucone przez strajkujących.
Wyzysk chałupniczy, głodowe płace, armia bezrobotnych i wielkie rzesze bezdomnych istnieją wszędzie tam, gdzie więcej jest ludzi do pracy niż pracy dla ludzi. Mężczyźni i kobiety, których spotykałem na ulicach, w „cyrku” lub w kuchni dobroczynnej, nie znaleźli się tam bynajmniej dlatego, że jest to dla nich „jedwabne życie”. Dość wyraźnie uwydatniłem trudy, na jakie są narażeni, aby wykazać, że ich warunki egzystencji nie są z pewnością „jedwabne”.
Ktoś, kto myśli trzeźwo, dojdzie zawsze do wniosku, że w Anglii wygodniej jest pracować za dwadzieścia szylingów na tydzień i mieć regularne jedzenie i zapewniony kąt do spania niż pędzić życie na ulicy. Człowiek, który żyje na ulicy, cierpi dotkliwiej i pracuje ciężej, a osiąga daleko mniej. Opisałem, jak ludzie ci spędzają noce i jak fizycznie wyczerpani szukają „odpoczynku” w domach noclegowych. A życie w nich nie jest przecież jedwabne. Skubać cztery funty pakuł, tłuc dwanaście cetnarów kamieni i wykonywać najohydniejsze prace w zamian za nędzną strawę i nocleg — to bezgraniczna lekkomyślność ze strony nędzarzy. Ze strony władz jest to najzwyklejszy rozbój. Dają one człowiekowi za pracę bez porównania mniej niż pracodawca kapitalistyczny. Wynagrodzenie za tę samą pracę wykonaną dla pracodawcy prywatnego zapewniłoby nędzarzowi lepsze jedzenie, lepsze noclegi, więcej radości w życiu, a przede wszystkim więcej swobody.
Jak już podkreśliłem, dobrowolne korzystanie z domów noclegowych dowodziłoby bezgranicznej głupoty tych ludzi. Upór, z jakim unikają domów noclegowych dopóty, dopóki nie zagna ich tam fizyczne wyczerpanie, wskazuje najlepiej, że sami zdają sobie z tego sprawę. Dlaczego więc z nich korzystają? Nie dlatego, że są zniechęconymi do pracy robotnikami. Wręcz przeciwnie; są zrażonymi do włóczęgostwa włóczęgami. W Stanach Zjednoczonych włóczęga jest prawie zawsze zniechęconym do pracy robotnikiem. Uważa włóczęgostwo za lżejszą formę życia niż pracę. Ale w Anglii rzecz ma się inaczej. Tu władze robią wszystko, aby odstręczyć włóczęgę od włóczęgostwa, co też udaje im się w zupełności. Włóczęga angielski wie, że za dwa szylingi dziennie, co równa się zaledwie pięćdziesięciu centom, kupi sobie trzy dobre posiłki i nocleg i że zostaną mu jeszcze ze dwa pensy na drobne wydatki. Chętniej będzie pracował za te dwa szylingi niż za dobroczynność domu noclegowego, wie bowiem, że pracodawca nie narzuci mu aż tak ciężkiej pracy ani nie potraktuje go w tak poniżający sposób. Jeżeli postępuje inaczej, to. dlatego, że więcej jest ludzi do pracy niż pracy dla ludzi.
Gdzie liczba kandydatów przewyższa zapotrzebowanie, tam musi rozpocząć się proces selekcji. Każda gałąź przemysłu odrzuca mniej zdatnych do pracy. A ponieważ zdyskwalifikowała ich nieudolność, zamiast piąć się w górę muszą zstępować w dół, spadać dopóty, dopóki nie znajdą się na właściwym szczeblu drabiny przemysłowej, na którym okażą się przydatni. Toteż wynika z tego nieuchronnie, że ci najmniej wydajni są spychani na samo dno, czyli na miejsce straceń, gdzie giną marnie.
Jeden rzut oka na ludzi uznanych za nie nadających się do pracy i znajdujących się na samym dnie Otchłani wystarczy, aby się przekonać, że są to w większości wypadków duchowe, fizyczne i moralne ruiny ludzkie. Wyjątek z tej reguły stanowią ci późniejsi przybysze, którzy są tylko kiepskimi robotnikami i którzy zaczynają dopiero podlegać niszczycielskiemu procesowi. Należy pamiętać, że wszystkie siły działają tutaj destrukcyjnie. Zdrowe ciało (które znalazło się tutaj, bo umysł nie pracował szybko i sprawnie) traci wkrótce sprawność i kształtność; jasny umysł (który znalazł się tu, bo ciało było słabe) zostaje szybko wypaczony i zatruty. Śmiertelność wśród tych ludzi jest ogromna, ale proces konania stanowczo zbyt powolny.
Taka jest struktura Otchłani i miejsca straceń. Na wszystkich szczeblach machiny przemysłowej odbywa się stała eliminacja. Ludzi niezdatnych do pracy odrzuca i spycha w dół. Wiele rzeczy decyduje o niezdatności. Niepunktualny i pozbawiony poczucia odpowiedzialności mechanik stacza się coraz niżej, dopóki nie znajdzie odpowiedniego dla siebie miejsca — powiedzmy, dorywczego zajęcia, które z natury rzeczy nie wymaga ani punktualności, ani żadnego — lub bardzo niewiele — poczucia odpowiedzialności. Ci, którzy okazują się przy wypełnianiu obowiązku powolni i niezręczni czy słabi fizycznie lub umysłowo, lub którym brak duchowej, fizycznej i nerwowej wytrzymałości, muszą stoczyć się na dno — czasem błyskawicznie, czasem krok za krokiem. Nieszczęśliwy wypadek czyni dobrego robotnika niezdatnym do pracy i również spycha go na dno. A robotnik, który ze zmniejszoną energią i słabnącymi władzami umysłowymi staje na progu starości, musi rozpocząć tragiczną drogę w dół, na której nie zatrzyma się, póki nie osiągnie dna i nie umrze.
To ostatnie twierdzenie ilustrują znakomicie przerażające statystyki Londynu. Ludność stolicy stanowi siódmą część mieszkańców całego Zjednoczonego Królestwa i tu rok po roku co czwarty dorosły mieszkaniec umiera na koszt dobroczynności publicznej — albo w przytułku, albo w szpitalu, albo w zakładzie dla umysłowo chorych. Jeśli wziąć pod uwagę, że ludzie zamożni nie kończą życia w ten sposób, stanie się jasne, iż taka śmierć czeka przynajmniej co trzeciego dorosłego robotnika.
Nie mogę się oprzeć pokusie opisania wam sprawy M’Garry’ego, mężczyzny lat trzydziestu dwóch, stałego lokatora domów noclegowych. Zobrazuje to, jak dobry robotnik może nagle utracić zdolność do pracy. Podaję wyjątek zaczerpnięty z rocznych sprawozdań związku zawodowego.
Pracowałem w fabryce Sullivana w Widnes, znanej pod nazwą Brytyjskich Zakładów Przemysłu Alkalicznego. Pracowałem w szopie i musiałem przejść na drugą stronę podwórza. Była godzina dziesiąta wieczorem, nie paliły się żadne światła. Gdy przechodziłem przez dziedziniec, poczułem nagle, że coś chwyta mnie za nogi i ciągnie ze straszną siłą. Straciłem przytomność; nie wiem, co się ze mną działo przez dzień czy dwa. W niedzielę wieczorem odzyskałem świadomość i przekonałem się, że jestem w szpitalu. Spytałem pielęgniarkę, co się dzieje z moimi nogami, i dowiedziałem się, że obie straciłem.
Na podwórzu umieścili kierat wpuszczony w ziemię, otwór miał osiemnaście cali długości, a głębokości i szerokości po piętnaście. Kierat obracał się we wgłębieniu z szybkością trzech obrotów na minutę. Dół nie był niczym ogrodzony ani przykryty. Po moim wypadku zatrzymano maszynę, a dziurę zasłonięto płytą żelazną... Dali mi dwadzieścia pięć funtów. Nie uważali tego za odszkodowanie; powiedzieli, że ofiarowują je tylko z litości. Z tej sumy wydałem dziewięć funtów na wózek, za